pytel boleslawBolesław Pytel

(1911-1984)

grajewski ogrodnik

Losy męża opowiada Helena Pytel
   Ur. się 4 marca 1911 r. Przed wojną pracował u doktora Sienkiewicza w charakterze ogrodnika. 24 sierpnia 1939 roku był powołany do wojska do Piotrkowa Trybunalskiego. W bitwie w okolicach Sulejowa był ranny w prawe ramię, co widziało dwóch świadków. Antoni Dudycz i Józef Złotkowski z Grajewa. było to chyba 5 września 1939 r. potem w czasie bitwy stracili go z oczu.


   Dostał się do obozu jenieckiego. Po zagojeniu się rany Niemcy puścili go do domu. Gdy wrócił, opowiadał nam o wojnie i o tym obozie i o podróży, jak wędrował z Grajewa. i Antoni Dudycz opowiadał, jak go ratowali rannego. W łopatce to taka dziura była, że ręka mogła wleźć. W opuszczonej wsi wyważyli drzwi, weszli do domu, wzięli kobiece prześcieradło i tym prześcieradłem go obandażowali. Tak krwawił, że pełne buty krwi były.
   Wrzesień był ciepły wtedy, a październik zimny . gdy przebywał w obozie, spali na dworze. A ta rana nie chciała się goić. Myślał, że już wykończy się, bo to było niemożliwe, żeby taka wielka rana sam się zagoiła.
   A jeden mówi: „Idź ty, tam jest jeden taki, co cię skieruje do lekarza.” Poszedł, no i dali go na izbę chorych. Koc dostał, zupy trochę i zaczęli go leczyć. Lekarz stwierdził, że w ranie robaki się zaległy, bo ciepło było wtedy we wrześniu. To jak doktór nalał lekarstwa do tej rany, żeby potruć robaki, to on cztery godziny leżał nieprzytomny. Myśleli, że umrze. Ale później jakoś ocucił się. Silny był. On opowiadał to nie raz, to ja mówiłam: „Przestań, bo ja to strasznie przeżywam”.
   Jak wracał z obozu w czasie okupacji, to Niemcy wydali mu kartę i ta karta pozwalała iść przez te tereny Polski, które Niemcy zajęli. Opowiadał, że po drodze kilka razy sprawdzali i w pociągu i na dworcu. A jak szedł przez Warszawę, to trafił na ulicę Szucha. On nie wiedział, że tam nie wolno było Polakom chodzić. I wypadła mu paczka z ręki. To Niemiec taki jeden podniósł, podał mu, taki grzeczny był, że mąż aż się zdziwił, że Niemiec a grzeczny. Pokazał mu drogę i powiedział, że tu nie wolno być.
   Ale pociągi chodziły tylko do jakiejś tam stacji, a dalej szedł pieszo i doszedł do granicy między Niemcami a Rosjanami, bo Grajewo było wtedy pod okupacją rosyjską. Miałby kłopoty z przejściem przez granicę. Ale natknął się na patrol niemiecki, a w tym patrolu był jeden Niemiec z Prostek. No i spojrzał w tą kartę, zobaczył, że z Grajewa i mówi: „Ja ci pomogę przejść, bo Rosjanie nie chcą z nami zadzierać. Jak my strzelimy, to oni odstępują, żeby nie było żadnej zaczepki. My w górę parę razy strzelimy, poczekasz trochę, wypalimy papierosa, to wtedy będzie możliwość przejścia.” I tak było. Strzelili, jeszcze pogadali i poszedł, no i wrócił do domu.
   A potem była ta wojna, co Niemcy napadli na Rosję i do Grajewa weszli Niemcy. Wtedy mąż pracował jako ogrodnik razem z braciszkami. Pracowało tam też dwóch Weissów (oni już poumierali), męża brat i ze Szczuczyna jeden i braciszków chyba ze dwóch, sześciu ogrodników było, a nad nimi Niemiec Krauze. Ogrody mieli i tam po braciszkach i tu przy Listopadowej, gdzie teraz mieszkamy, i aż na Przekopce. Nieraz to do stu robotników pracowało w sezonie, takie ogrodnictwo prowadzili Niemcy w Grajewie. Żydówki przychodziły do roboty i młodzież. Matki nieraz prosiły męża, żeby przyjął ich dzieci, bo jak nie, to do Niemiec wywiozą. Pracowali też i jeńcy włoscy jakiś czas, ci z obozu w Boguszach, a potem wywieziono ich do lasu w Kosówce i pozabijano. Mąż nosił im żywność na pole ,to jeden chciał się wywdzięczyć i brzytwę mu podarował. Potem, gdy te brzytwą się golił, to opowiadał, że to jest brzytwa od jeńca włoskiego.
   A jeden Niemiec to był taki niedobry, robotników tak bił, że cegłami w nich rzucał. Wtedy mąż się odważył i poszedł do Arbeitsamtu i powiedział: „Ja chcę pracować, to dlaczego on przeszkadza i ludzi bije?” i wezwali go i od tej pory już tak nie bił.
   W tym czasie za okupacji niemieckiej było AK. Dużo ludzi należało do Armii Krajowej, nawet tacy, co u Niemców policjantami byli. Oni dowiadywali się, co Niemcy zamierzają i te wiadomości do AK przekazywali. Wtedy mieszkaliśmy na Przekopce, to tam i broń była ukrywana między inspektami.
   A w 1945 roku przyszli Ruskie i to był najgorszy czas dla naszej rodziny. Akowcy nie chcieli, żeby Ruskie w Polsce byli, to zbierali się tam na Przekopce i prowadzili walkę z ubowcami.
   A ta młodzież jak się garnęła do tego. Gromadami przychodzili. Tak chcieli Ruskich bić. A dzisiaj, jak wyjdę i popatrzę, to nikogo nie mogę poznać i nie wiem, które to, bo każdy z nich postarzał się i zmienił i zdaje się, że to obcy jakiś.
   Taki Przekopowski Tadek był, później do Ełku wyjechał. Młodo umarł. Siostrę miał w Grajewie, ona w księgarni długo stała ta Przekopowska, jego siostra.
   A łączniczką była taka Hanka Goliczewska. Była w Liceum sekretarką. W celach mieszkała. Ona bardzo dużo wie o swoim mężu, bo z nim się kontaktowała, a potem po wojnie się z nami spotkała, po flance, po kwiaty przychodziła.
   A tam na Przekopce była taka wielka szopa i szklarnie dwie i inspektów 2000 i dużo różnych zakamarków, to tam się zbierali. Mieli broń i chcieli przegnać z Grajewa tych Ruskich i ubowców. A ubowce to pan wie, pomagali Rosjanom i naszych aresztowali. Jednego razu AK zajęło Grajewo na całą noc. Na ulicy Augustowskiej, gdzie było UB, tam było dużo rosyjskich żołnierzy. Ci z AK więzienia nie opanowali ani tego posterunku rosyjskiego, tylko obstawili dookoła tam na ul. Zielonej i od Augustowskiej. Na szosie rajgrodzkiej postawili karabiny maszynowe, tak że ani Rosjanie, ani ubowcy nie mogli wyjść. Ale akowcy ich nie atakowali. Grabieży nie było, tylko całą noc miasto należało do AK. To był taki protest, czy próba sił, nie wiem, jaki cel to miało, tylko wiem, że tak się odbyło.
   I była kiedyś jakaś walka z ubowcami; to potem dużo akowców aresztowano i mojego męża też. Ale wcześniej aresztowali Rzeniewicza i Waszkiewicza, męża później. Pół roku go trzymali w piwnicy od września do marca na gołej ziemi. Strasznie go męczyli, żeby się przyznał. Tak go mordowali, żeby innych wydał. Chcieli żeby powiedział, gdzie ta broń jest.
   A potem syna Rzeniewiczów pod ścianą postawili takiego chłopca, matka w płaszcz, w krzyk i ten dzieciak powiedział, że Pytel wie. I zaraz przywieźli męża, żeby pokazał, gdzie ta broń jest. A ja wtedy byłam chora na połóg. Urodziłam syna, to oni nie pozwolili mu nawet mnie i dziecka zobaczyć. To był dla mnie cios straszny.
   Całą furę wtedy zabrali. W bunkrze była schowana na Przekopce w górach. A przedtem ta broń była w domu u Rzeniewicza. On dowódcą był. Mieszkał koło nas i mąż wiedział, że ta broń jest u niego. To powiedział: „Ja to ukryję gdzie indziej, to nawet jak Rzeniewicz się przyzna, to nie znajdą a on się wyprze”.
   A gdzie dokumenty AK były schowane, to ja wiedziałam, bo mąż mi pokazał. Potem jak go aresztowali, to ja się bałam, że jak nie daj Boże zaczną tu szukać, rozbierać tę szopę i znajdą, to wszystko wyłapią, a mnie i dzieci zabiją od razu. To wzięłam i te papiery popaliłam. A było dużo tego: ich metryki, jakieś zdjęcia i spisy i różne papiery. Dokładnie nie wiem, co tam było, bo nie czytałam spieszyłam się, tylko przejrzałam przelotnie i zaraz w piec wsadziłam i spaliło się wszystko. One były ukryte w cieplarni, te papiery w kanale od pieca, co ciepło idzie.
M   ąż na UB siedział tam naprzeciw Domu Parafialnego. Ja to płaczę zaraz. Ja to nie wiem, jak ja to wszystko przeżyłam. Młody człowiek to dużo wytrzyma. Teraz to chyba bym umarła. Jakie to te ubowce niedobre byli, jaki to psy. Dobrze, miałam jeszcze matkę wtedy.
   Kiedyś to tam na podwórku UB postawili taki kocioł blaszany z zardzewiałej blachy i tam gotowali coś. Podeszłam pod płot, a on tam drzewo rąbał. Kupiłam wędliny, poszłam i mówię: „Bolek, Bolek, chodź tutaj”. Odsunął deskę, podeszłam i podałam mu, a on mówi: „Uciekaj stąd, bo oni obserwują, uciekaj”.
Te polskie ubowce nic nie chcieli przyjąć dla więźniów. Ani chleba, ani papierosów, tylko jeszcze wyzywali ludzi. Tam siedział bardzo dużo więźniów.
   Później w marcu ich wieźli do Białegostoku do sądu na sprawę. Takim dużym samochodem jechali, przy każdym ubowiec, żeby nie pouciekali. Za nimi wojsko jechało i strzelali, tak się bali, żeby partyzanci ich nie odbili. A jak do Białegostoku pojechał, to go wykąpali, mówił, że i odzież odwszawili. A czy w Grajewie to musieli tak ludzi męczyć? Do takiej komórki małej go wsadzili, że nawet obrócić się nie mógł. 4 dni tak siedział. Ani się wysikać nie mógł, ani co, taki oblany był.
   Po sprawie wywieźli go do Wronek do więzienia na cztery lata. Tam mu paczki posyłałam, bo mam siostrę w Ameryce, to nam przysyłała paczki takie nieduże po pięć kilo. Posyłałam mu konserwy, co było można. Teściowa jeździła, bo ja miałam małe dziecko, to nie mogłam się nigdzie ruszyć. To opowiadała, jakie to duże więzienie było. Samych politycznych tam trzymali.
   A jak wrócił na amnestię po trzech latach, to miał wrzody, spuchnięty był, twarz taka błyszcząca. Ja myślałam, że on tak dobrze wygląda, a to opuchlizna była. Potem zaczęła opadać.
   A później jakie prześladowania mieliśmy od tych komunistów. Zabilim sobie świniaka, to przyszli i zabrali. A jak mąż chciał ciągnik wynająć, to nie dali. „Zapiszesz się do partii, to dostaniesz pierwszy”. Wie pani, chcieliśmy zaorać pole, bo wydzierżawiliśmy sobie 4 ha ziemi.
   Mąż miał tę rękę chudą po postrzale i ciężarów nie mógł dźwigać, bo ścięgna były uszkodzone, to starał się o inwalidztwo. Miał dwóch świadków na to, że był ranny w kampanii wrześniowej. A sędzia na rozprawie powiedział: „Pan się bił o pańską Polskę, to niech pańska Polska panu płaci”.
   My sobie własne ogrodnictwo prowadziliśmy. Mąż szkółkę drzew owocowych założył i tak się dorabialiśmy pomału. W szkole pracował przez trzy lata, a później przenieśli tą szkołę do Wojewodzina. Ta szkoła była tu, gdzie „Wagi” teraz. Oni mieli ogrody tu koło liceum i na Przekopkę przychodzili do tych cieplarni. Tacy duzi chłopcy byli, kawalery już. To mąż ich uczył ogrodnictwa i pani Zalewska ich uczyła. I pani Lewicka. Jej mąż w powiecie był takim gospodarczym.
   A do Wojewodzina już nie chciał iść, bo pola wydzierżawiliśmy i mąż całkiem zajął się swoim ogrodem. Nawet do Dowspudy chcieli go wziąć do szkoły rolniczej, bo mąż im się spodobał, ale my tu w Grajewie urodzeni i wychowani, to trudno było stąd odejść. Zaraz po wojnie to mąż miał chęć wyjechać na ziemie odzyskane, zając jakieś gospodarstwo, ale ja nie chciałam może uniknęlibyśmy tego wszystkiego.
   Tu w Grajewie zaczęliśmy od niczego prawie. Warzywa na targ woziliśmy wózkiem. On ciągnął a ja popychałam. A później kupiliśmy konia i wóz, a jedno koło tak się krzywo w tym wozie. A później to i samochód kupiliśmy i placu więcej. Z pracy własnych rąk się dorabialiśmy. I garaże postawiliśmy i chlew.
   Mąż zmarł 3 marca 1984 roku. Nie doczekał wolności.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież