Nad Biebrzą - czyli wizyta we wsi Grzędy

oprac. Jarosław Marczak


   Wieś Grzędy to miejsce niezwykłe i szczególne na mapie historycznej powiatu grajewskiego. I chociaż osada nie istnieje już od 70 lat - jednak historia i życie jej mieszkańców ciągle wzbudzają żywe zainteresowanie turystów, miłośników regionu i historyków.
   Jesienią 1932 roku jej luźno porozrzucane zabudowania, posadowione na piaszczystych wydmach pośród nadbiebrzańskich bagien, łąk i lasów odwiedził grajewski urzędnik, działacz społeczny i pisarz Bronisław Kretowicz[1]. Wyprawa zaowocowała obszernym reportażem drukowanym w odcinkach w czasopiśmie „Region Białostocki ”.
   Autor w Grzędach spędził zaledwie jeden dzień. Miało to zapewne istotny wpływ na charakter artykułu, który jest jedynie swego rodzajem „grzędzieńskiej impresji”. Zbyt mało tu nazwisk mieszkańców, głębszego opisu ich codziennego życia, czy też szeroko rozumianej historii tej zagubionej wśród bagien i lasów wsi. Chciałoby się przecież razem z autorem „obejrzeć” tutejszą chatę, „posiedzieć” w jej izbie, „posłuchać” opowieści jej mieszkańców…
   Pomimo tych mankamentów, opis wsi zrobiony ręką Bronisława Kretowicza zawiera kilka nieznanych i cennych szczegółów z historii osady.
   Autor i jego artykuł wplótł się tym sposobem w historię wsi, która zaledwie dekadę później - 16 sierpnia 1943 roku uległa unicestwieniu. W krótkiej chwili rozpadła się wspólnota, a zarazem odrębność blisko 30 rodzin. Stuletnie dzieje mieszkających na tym skrawku odciętym od świata przez bagna i lasy ludzi nieopisana i nieutrwalana legła w gruzy i zaczęła odchodzić w niepamięć…

Nad Biebrzą - czyli wizyta we wsi Grzędy

   Stałem na stanowisku w puszczy choszczewskiej[2]. Naganka jeszcze nie ruszyła. Miot był głęboki. Spodziewane były dziki, sarny, lisy, bielaki-zające, no i ewentualnie jaki wilk - samotnik.
   Puszcza w swej białej śniegowej szacie była przecudna! To nie ta jaką widział przed kilkoma miesiącami, gdym jechał tędy wśród błocisk jesiennych na słynne, jedyne w swoim rodzaju „łąki biebrzańskie”, o kilka zaledwie kilometrów stąd położone nad rzeką Biebrzą, dawniej Bobrą zwaną, od bobrów, których tu przebywało wielka ilość w dawnych czasach bardzo dawnych czasach. I gdym tak rozglądał się wokół i przypominał ową moją wycieczkę w te dzikie, prawie że nieznane strony, przyszła mi myśl opisać je, by szerzy ogół dowiedział się, jakie są jeszcze w Polsce Kongresowej pierwotne, dziewicze ostępy, w których dotąd mnożą się łosie, ludzie mieszkają całkiem odcięci od świata, a poza tym wieść gminna przechowuje Wawra i jego partii powstańczej coraz bardziej z biegiem lat płowiejącą legendę[3]… Opiszę wszystko tak, po kolei, jakem wówczas w te strony jechał… Proszę o łaskawą uwagę. A wiec jadę do Grząd na łąki biebrzańskie! Wieś ta jest jakby jakim mitem, o którym bajają ci lub owi różne rożności, cudactwa, że się czasem wszystkiemu po prostu wierzyć nie chce. Położone gdzieś za lasami rządowymi nadleśnictwa rajgrodzkiego, w południowo-wschodnim kącie powiatu szczuczyńskiego, otoczona bagnami i moczarami, rozsiadła się na przestrzeni kilku kilometrów na piaszczystych wysepkach, ciągnących się zbrużdżonymi „grzędami” wpośród bezbrzeża zalewanych bagnistych łąk hen, ku Biebrzy i ku dalekim granicom augustowskiego powiatu… Ale do rzeczy! Po co wybiegać naprzód. Wszystkiemu przyjrzymy się kolejno – porządnie, systematycznie, jak należy.
   Z Grajewa wyjeżdżamy rankiem autobusem do Rajgrodu – 19 kilometrów szosą. Stary dobrze znany trakt Warszawa – Petersburg. (…). Mijamy las na Tamie. Po lewej stronie cudowna odnoga Rajgrodzkiego jeziora, o brzegach lasami sosnowemi porosłych, ciągnąca się kiedyś aż za granicę Prus wschodnich.
Wjeżdżamy na wzgórek. (…) W oddali widać na wzgórzu rozrzucone bezwładnie budowle Rajgrodu i dwie strzeliste, w stylu gotyckim, wieże kościelne – jedna o dachu ciemnym, druga czerwonym, już po wojnie światowej odremontowana, gdyż byłą zburzona pociskami artylerii niemieckiej. Miejscowość urocza. Nic też dziwnego, że jakaś prastara legenda tłumaczy samą nazwę Rajgrodu rzekomo od „Raj – Grodu”. W którym Stwórca umieścił naszych praojców Adama i Ewę. W dalszym ciągu podanie głosi, iż po wygnaniu z tego „Raj-Grodu” poszli w stronę Grajewa i tam właśnie, zatrzymali się głodni zmęczeni, by posilić się i odpocząć. Usiedli na wzgórku i po spożyciu skromnego posiłku, rozkoszowali się malowniczym krajobrazem, zaś by uprzyjemnić wypoczynek Adam rzekł do Ewy „graj Ewo”. Ewa zagrała na lutni, która miała ze sobą i w taki sposób powstała nazwa „Grajewo” – później osada, a ostatnio miasto powiatowe starostwa szczuczyńskiego. Tak mówi legenda o Rajgrodzie. (…)
   W Rajgrodzie przesiadam się na oczekujący na mnie, uprzednio z Grząd zamówioną furmankę. Wózek drabiniasty, lekki, w dwa cherlawe koniki zaprzężony. Za siedzenie służy worek, mocno sianem wypchany derką wzorzystą domowej roboty przykryty. W półkoszku sporo siana, że jest w co nogi włożyć. Powozi gospodarz, który siedzi na worku zwyczajnym, bez derki. Ruszamy.
- Jak długo pojedziemy, gospodarzu? – pytam, gdyśmy już za Rajgród odjechali.
- A która teraz godzina? – odpowiada pytaniem na pytanie.
- Dziewiąta wkrótce.
Namyśla się czas dłuższy. Po chwili mówi jakby od niechcenia:
- Na pierwszą będziemy…
- Tak długo pojedziemy? – podtrzymuję rozmowę.
- Moze prędzej, a moze później, bez to, ze droga teraz zła, mokra - cmoknął na konie, batem lekko łuk w powietrzu zakreślił nie dotykając szkap, poruszył lejcami, by konie do biegu ponaglić i dodał jakimś niechętnym znudzonym głosem: - Konie słabe, obroku u nas nie dostają.
- A ile kilometrów liczycie do Grząd?
- Kto tam ich wie… Droga niemierzona. Bez bagno, lasy, róznie wykręcać trzeba.
- No, ale tak mniej więcej?
- Mówią, ze dwadzieścia seść, dwadzieścia osiem… cedził wyrazy powoli, niedbale, sycząc – po mazursku - nie od razu odpowiadając na pytania, jakby był zły czegoś.
   Skręciliśmy z szosy w prawo i minąwszy wieś Barszcze, ładnie i zamożnie zabudowaną, jechaliśmy wyniosłym brzegiem jeziora Dreństwo aż do wsi o tej samej nazwie. Tu znajduje się majątek Dreństwo Rydzewskich[4]. Droga była istotnie zła, grząska, miejscami rozmiętolona na kaszę, że koła głęboko się zanurzały w miękkiej czarnotorfiastej cieczy, a konie z wysiłkiem wóz z tego roztopiska wyciągały. Zbliżyliśmy się do lasu, który nieopodal stał zwartą ścianą mrocznych wysokopiennych sosen. Przed nami hen widniały wiejskie zabudowania, bezładnie w różnych kierunkach rozrzucona na znacznej przestrzeni, podsuwając się pod samą ścianę boru.
- Ależ to duża wieś!
- Woznawieś… Poza Jegrznią się ciągnie od jeziora do lasu. Siedem kilometrów długa - batem wskazał kierunek skąd zaczynały się budynki.
- Wszystko nowe budowle.
- Podczas wojny Niemcy całą wieś spalili. Po wojnie gospodarze odbudowali się. Może tylko dwa domy ostały.
- A drzewo skąd dostali?
- To wiadomo z lasów rządowych dali, bo skiela wziąć! Tak to by nie poredzili, ziemia tu słaba, piaski…
   Domki były istotnie nowe, schludne, z ganeczkami i oknami rzeźbami upiększonymi. Droga przez wieś biegła szeroka, sucha, piaszczysta, na co wskazał mój rozmówca.
   Przejechaliśmy po nowo zbudowanym moście rzekę Jegrznię. Droga szła groblą, nieco nad poziom grząskich, zalewanych łąk wzniesioną, lekko w łuk wygięta w stronę lasów rządowych Choszczewo. Grobla ciągnęła się na przestrzeni kilku kilometrów i miała trzy lub cztery mostki, nad bagnistymi grzęzawiskami rozrzucone, które umożliwiały przejazd. - To do was w jesieni i na wiosnę dojechać nie można? – zagadnąłem w dalszym ciągu.
- A nie mozna, wiadomo, nie mozna…
Po chwili ciągnął:
- I tę drogę to Niemcy zrobili, bo dawniej nie było. Pobudowali mosty, to teraz tędy jeździmy.
- A jaką dawniej jeździliście?
- Dawniej ? – twarz wykurczył dziwacznym grymasem, który miał oznaczać uśmiech.
- Dawniej, to jak rok bywał mokry, to i wcale przejechać nie było mozna. Jak trzeba było, to my na łódkach Woźnawieńskim kanałem do Kuligów jechali, a dalej róznie, piechotą, albo furmankę tseba było wynająć do Grajewa albo do Rajgrodu.
- Toście się mieli ?…
- My , to jak na wyspach mieszkamy. Bywało, że i księdza z Panem Bogiem na łódkach wozili. A jak mokro, to do sąsiadów na łódce trzeba jechać.
- A szkołę macie?
- Skoły tez nie ma. Byliśmy i u pana inspektora skolnego prosić i podanie pisaliśmy ale nic. Pan inspektor powiedział, ze dzieciów zamało to naucyciela dać nie moze.
- Ileż to macie dzieci?
- Może lepiej jak dwadzieścioro zebrałoby się, a moze i nie.
- To was na Grzędach niewiele gospodarzy?
- Sesnaście numerów będzie[5]. A i te wsystkie rozzucone na grondach, ze do innego tsy, ctery kilometry daleko. W łońskim roku tsymaliśmy sami nauczyciela, pan inspektor pozwolił[6]. A w latosiym nie mamy.
- Bo co?
- Drogo, ciężkie casy. A i nauczyciel nie chce tu psyjść, bo wyjechać trudno. Mieszkacie więc na wyspach. A ziemi dużo macie?
- Ornej, to tak prawie jak i nie mamy. Po kilka morgów na tych grądzikach, ale bardzo lichej sam piasek. Zytko ledwie, ledwie się urodzi i kartofli trochę.
- Ale za to macie łąki. Pewno krów dużo chowacie? Macie masło sery…
- Ile tam krów!... Po kilka casem tam będzie. Ale nase krowy to długo nie chowają się, tsy, ctery lalta, to i tseba zarznąć.
- I czemu?
- A to bez te bagna. Cięgiem po wodzie chodzą, to dostają reumatyzm w nogach, ze później wcale chodzić nie mogą. A kupić to tez nikt nie chce, bo chude. Jaka to u nas trawa, - nikt zreć nie chce, ni krowa, ni koń. A krów to my tutaj wyhodować nie możemy. Musimy kupować gdzie indziej, dobre, zdrowe, a po tsech latach są do nicego…
- Jak widzę ciężkie macie tam życie?
- Cienzkie, pewnie ciężkie. I cłowiek tez słaby bez te zgniłe powietse. Tak jakoś dech zapiera i kasel męcy. Cięgiem ktoś choruje i umiera.
- W młodym wieku umierają?
- Tak, najwięcej w młodym, zadko który pozyje. Ząd łoniej chciał nam dać ziemię na Bułkowiźnie, tam pod Krosewo, co to las ządowy wycieli, a tu zabrać sobie[7]. Ale u nas zgody nie było. Tsech gospodarzy, co siedzo psy ządowym lesie, to im jest lepiej, nie chcieli. I nic z tego. Teraz tam Kurpie z pod Kolna mają psyjść.
- To szkoda, żeście się na Bułkowiznę nie zamienili. Tam ziemia dobra i inne zgoła warunki.
- To już nic nie poredzis. Zgody nie było.
Wjechaliśmy do lasu. Mieszany starodrzew różnych gatunków: sosny, olchy, graby, jodły, brzozy. Po bokach drogi zwarte krzaki leszczyny.
- Wiewiórków tu dosyć – powiedział już nie pytany wskazując batem na gąszcz leszczynową - wiadomo ozechy…
   Wnet też coś śmignęło w gałęziach i spłoszone przez nas piękne zwierzątko poczęło przerzucać się z drzewa na drzewo z nadzwyczajną zręcznością. Za chwilę wypłoszyliśmy jeszcze dwie wiewiórki. Niedługo znaleźliśmy się na obszernej polanie w głębi której widniały zabudowania leśniczówki Choszczewo[8]. Nieopodal stało kilka samotnych dębów - jeden znacznie większy od pozostałych o pniu grubym i wyniosłym. Prędko minęliśmy leśniczówkę i znów wchłonęła nas stara, odwieczna knieja. Na skraju jej przepływała jakaś mroczna, bagnista struga. Przejechaliśmy ją po chwiejącym się mostku. Z lewej w tem miejscu biegła kiedyś daleko w głąb leśna zielona, torfiasta łąka[9] tu i tam ciemniejszemi plamami krzaków olszowych upstrzona.
- Tu łosie psychodzą – zagadnął znowu woźnica wyciągając bat ku łące. Latoś wiosną widziałem starą z małym cielakiem. Stali ot tam, pod lasem. Tęga krowa była.
- Uciekła zaraz!
- A nawet nie. Długo patsyłem stojąc na drodze. Tylko jak podesłem do mostku to uciekła bestyjka, ale tak powoli, nie spiesząc.
- A dużo tu może być łosi?
- Pan leśnicy mówili, ze jest czternaście stuk.
- I nikt ich nie bije!
- W łonim roku zabili takiego wielkiego rogaca[10]. Ale złapali - wielka kara była. A jeden tsy cy ctery lata już będzie, to sam się utopił: wpadł do dołu, gdzie torf kopali i nie wylazł. Znaleźli go gospodaze, ale już był do nicego, tylko rogi i skóre zabrali.
   Las stawał się coraz gęstszy, pierwotniejszy. Dęby, graby, jodły, sosny, nawet modrzewie tu stały w dziwnej i zażyłości[11].
- To „rezerwat’’ – usłyszałem znowu – Tu jus nie wolni ni rąbać, ni susu zbierać, ni nawet dobytek paść. Tak wszystko ma rosnąć jak jest[12].
- A jak wielki jest ten „rezerwat”?
- Mówili, ze osiemset hektarów będzie. Ot cała ta strona.
   Była to prawdziwie puszcza leśna, głucha, mało dostępna, w różne rodzaje drzew bogata, która dziwy swego pierwotnego jestestwa odkryje przyszłym dalekim stuleciom…
   Bryczka wolno się posuwała po wyboistej, wąskiej drożynie to zapadnie się w wyboje i rozmokliby, to uderzając raz po raz w korzenie, misterną siatką przeplatające szlak tej w „ zaświaty” wiodącej drogi.
   Oczywiście, ze w tych warunkach jazdy i rozmowa się nie kleiła, ograniczając się przeważnie do narzekań na złą drogę i przekleństw, gdy jakiś grubaśny korzeń całym wozem do góry podrzuci, a następnie w głąb wyboiny niemiłosiernie trąci, że zdaje, iż wszystkie wnętrzności żołądkowe, kiszkowe i jakie tylko są w taniec wariacki ze sobą poszły i kłębią się i kotłują oszalałe, nie bacząc na przerażenie, jęki, zgrzyty i szczękanie zębów ich nieszczęsnego właściciela.
   Ale co na to poradzić. Trzeba i z tem się pogodzić temu kto chce na jawie oglądać owe z bajań ludzkich zasłyszane Grzędy…[13]
   Wlekliśmy się tym lasem dziewiczym osiem czy dziesięć kilometrów. Jakoś tak około drugiej dopiero rozstąpiły się gąszcze leśne i ujrzeliśmy przed sobą na skraju puszczy kilka rozłożystych, potwornie rozgałęzionych, starych może jeszcze czasy pogańskie pamiętających dębów[14], a pod nimi … zgadnijcie, drodzy czytelnicy! – istne mrowisko, wprost zatrzęsienie ludzi, koni, wozów, bryczek - prawdziwe obozowisko pod gołym niebem, coś w rodzaju wędrówki narodów.
- A to co krzyknąłem zdziwiony.
- A to bez ten klasunek naszych łąk tyle gospodazy zjechało z różnych stron. Pan inspektor skarbowy z Grajewa przyjechał wcoraj i razem te łąki oglądają.
- To już Grzędy? – rzuciłem radosne pytanie.
- A już. To Kapline budynki.
   Wjeżdżaliśmy właśnie w opłotki gospodarskich zabudowań. Tu już tłok panował nie do opisania. Podwórko całe było zapchane wozami, wśród których stali grupami i samotnie wieśniacy różnego wyglądu i najrozmaiciej ubrani. Równo z zagrodą kończył się bór, jak oberżnięty równą, daleką, ciemną ścianą drzew wysokopiennych. Od niej jak okiem sięgnąć w przeciwną stronę ciągnęła przestrzeń pusta, dal łąk bezbrzeżna - gdzieniegdzie, na wzgórkach – „grądach” kępami nielicznych drzew urozmaicona. Byliśmy na łąkach biebrzańskich. Zagroda Kapli jest pierwsza z brzegu. Budynki wszystkie nowe, schludne, ładnie pobudowane. Z jednej strony pod samo obejście, rozlewa się staw, o wodzie ciemnej, ponurej, spływającej doń z przylegających mokradeł i oparzelisk[15]. Raj dla kaczek, których spora gromada majestatycznie pruje gładką powierzchnię, pluska się i używa rozkoszy kaczej dosyta. Wchodzimy do chaty. Pierwsza izba widna i przestrzenna, pełna ludzi. Wprowadzają mnie do następnej, gdzie urzęduje inspektor skarbowy z komisja klasyfikacyjną. Dwa duże stoły obok założone, zastawione całe planami, mapami, rejestrami pomiarowemi itp. Prezentujemy się wzajemnie. Jak raz rozpoczyna się krótka przerwa celem wypicia herbaty, poczem komisja ma znowu iść badać teren. Rozmowa nie bardzo się klei, gdyż wszyscy się spieszą. Błyskawicznie znikają ze stołu grzędowskie przysmaki - jajecznica na słoninie, czarny chleb razowy, ser kwaśny i miód. Zamiast zupy - po szklance herbaty, mętnej o bardzo swoistym smaku, gdyż woda jest tu wstrętna, z bagien do studzien napływająca. Ubieramy się i wychodzimy całą gromadą.
- Stąd tseba iść pieso bez to, ze latoś woda sielnie zalała łąki; wozem nie psejedzies - tłumaczył gospodarz - Tylko do Grabowego bez ten pierwsy grondzik można dojechać, a dalej to juś nie.
Byłem na to przygotowany. Mam długie nieprzemakalne buty, lekki krótki kożuszek, a zatem w drogę!
- Z Bogiem!
   Idziemy. Za nami hurmem wali cała gromada, kto tylko w Boga wierzy - dwieście chyba chłopa! Grondzikiem biegnie wąska polna dróżka, miejscami olszyną po bokach osłonięta, gdzie niegdzie na mokradłach rowami okopana, okropna. Mijamy dwie zagrody Grabowych, na większej wydmie piaszczystej pobudowane, przechodzimy jakiś łeg nizinny, wikliną gęsto porosły i znów wchodzimy na grądzik wynioślejszy. Ale to się nie kończy. Przed nami łąka wodą zalana.[16]
- Teraz tseba będzie bez wodę iść, insej drogi nie ma - mówią przewodnicy. Trudno trzeba „bez wodę” iść. (…).

[Brak odcinka 4]

- Tu dla bocianów najlepsy raj, gdzie zbierają się odlatywać. Jak casem podniosą się spłosone, to niebo się robi, jak w wiecór.
-Pewnie kilka tysięcy ich tu się zbiera.
   Musi być to istotnie wspaniały widok takiego bocianiego zatrzęsienia na odlotach, starałem się przedstawić sobie w wyobraźni. Koło mnie stało kilku chłopów mniej hałaśliwych i o nieco odmiennym wyglądzie. Jeden z nich był boso - starszy już, lekko ubrany, skurczony i zziębnięty.
- Skąd jesteście gospodarzu - spytałem.
- Z daleka- odpowiedział dość czystym polskim akcentem. – Aż spod Czerkiesów[17], tam za Polkowem - wskazał dłonią ku północy na stronę augustowskiego powiatu.
- Skupili się przy mnie gromadką.
- Daleką macie drogę?
- Chyba będzie czternaście kilometrów.
- A którędy jedziecie?
- Ja jestem pieszo , bo do nas przejechać drogami naokoło to chyba i czterdzieści kilometrów wypadnie.
- A wy jak pójdziecie?
- A ot, prosto, tak przez łąki.
- Przez te bagna?
- Tak, tak panoczku- uśmiechnął się gorzko i jakoś uroczyście.
- Przecie zimno i woda głęboka?
- To nic. Ja i tu tak samo przyszedłem. Ważne sprawa. A teraz trzeba się spieszyć do domu, bo ściemnieje- dodał.
- to już pójdziemy - ozwały się jeszcze dwa czy trzy głosy.
- Do widzenia – żegnali się zdejmując czapki.
- Z Bogiem! powiedziałem ze szczerego serca, patrząc jak ci ludzie w ten chłód przejmujący późnej jesieni poszli przed siebie. Powoli oddalały się ich płowe sylwetki , malały nikły coraz bardzie , aż całkiem się rozpłynęły w mglistej szarości…
- Jak mocarna jest ta bieda ludzka, która taki świat drogi o chłodzie i głodzie ludzi tych gania – pomyślałem w duszy.
   Z wyniosłości na której staliśmy, widać było jeszcze na przestrzeni paru kilometrów kilka grup zabudowań[18]. Skierowałem się w ich stronę by lepiej rozejrzeć się po okolicy. Przyłączyło się do mnie kilku gospodarzy. Widocznem było, że podnieceni moja ciekawością pragną pochełpić się przede mną wszystkiemi dziwami tej swojej odludnej, od reszty świata odległej ojcowizny. Idąc dalej ku północy, minęliśmy dwie gospodarskie zagrody - zatrzymaliśmy się przy trzeciej.
- To Berca budynki. Dawniej może cterdziesci lat wstec, mieskał tu Łuba, ale pomarł, a teraz odesło do famelji.
- Budynki prawie wszystko nowe, w dobrym porządku - zauważyłem.
- Tu prawie wszystko nowe, po wojnie - tłumaczył gospodarz Grabowy.
- To i do was wojna dotarła? - zdziwiłem się.
- A juści, i tu była. Z armatów stselali bez dzień i noc, ze do lasu gospodaze pouciekali. A budynki spaliły się.[19]
- Ten ksyż podcas wojny postawiony- wskazał na drewniany niepomiernie wysoki krzyż, stojący przy dróżce tuż za budynkami Berca.[20]
   Podszedłem obejrzeć z bliska. Sztachetka z jednej strony była obalona; u podnóża rosły głogi, jarzębiny i bzy. Na stronie czołowej widniał następujący napis odręcznie nożem wyrżnięty nierówny, chaotycznie, bez żadnej symetrii, z błędami ortograficznymi: „Ot Powietrza głodu ognia i wojny zachowaj Nas Panie Pamiątka Europejskiej Wojny Roku 1915 24 kwietnia” Poczęło się na dobre zmierzchać. W oddali o jakieś półtora kilometra widniały samotne budynki.
- Tamte, ostatnie to Lemiesza – objaśnił niepytany Grabowy.
- To moje bogactwo – podchwycił inny gospodarz o twarzy inteligentnej nie stary jeszcze, wzrostu średniego.
- A dalej, to już powiat augustowski - Polkowskie łąki, najgorse, same bagna i zarośla - tłumaczył Kapla.
- A wiec pan mieszka jakby na ”końcu świata ” – zwróciłem się do Lemiesza[21].
- Dobrze pan to powiedział, bo to prawdziwie koniec świata.
   Zmierzchało się na dobre – trzeba było wracać. Teraz dopiero zorientowałem się, że pozostałem tu za długo. Jak przejdziemy po ciemku przez te straszne bagna! Zwierzyłem się z tem do towarzyszy.
- Weźmiem od Berca chłopaka, to nas pseprowadzi bez wodę, oni tu naucone.
   Za chwilę maszerowaliśmy chyżo prowadzeni przez chłopca. Było już całkiem ciemno. Komisja już dawno odeszła. Zatrzymaliśmy się nad jakiejś mrocznej, czarno lśniącej otchłani, co się prze nami bezbrzeżnie rozpostarła. Chłopak przykucnął i czegoś się tamłałsił ze swoją garderobą.
- Co tam robisz ? – spytałem.
- Spodnie ściągam, skoda, a woda miejscami głęboka.
- Toś nas pocieszył. A bodaj cię diabli – zakląłem nieprzystojnie. Wszedł w wodę i głośno chluszcząc raźno posuwał się naprzód.
- Nie spiesz się tak!- zawołałem zirytowany, wsadzając nogi w ciemną otchłań wodną.
   Szliśmy, kierując się intuicyjnie za nim, a właściwie, na głos chlastającej wody, gdyż, pomimo moich upomnień, wciąż nas wyprzedzał, że co raz musieliśmy Nan wołać, by szedł wolniej, co jednak nie odnosiło skutku. Tak byłem zmęczony, że ogarnęła mię zupełna rezygnacja. Już mało co robiłem z tego, że buty zanurzały się coraz głębiej, zaś twarda niby powłoka łąki uginała się elastycznie: odnosiłem wrażenie, iż stąpam po dużem zgrzebnem prześcieradle, rozpostartym na miekkiem roztrzęsionym sianem. W pewnej chwili lewa noga osunęła się z kępy i uczułem przejmujący dreszczem chłód wody powyżej kolan.
- A niech was diabli – zakląłem z całych sił.
- A co tam z panem? - zapytali towarzysze, którzy szli kilka kroków przede mną.
- Zarwałem się psiakrew!
   Chcieli się spieszyć z pomocą, ale już wylazłem bagna, chociaż byłem umaczany wyżej kolan i buty miałem pełne wody. Teraz już nie uważałem na nic i brnąłem przez wodę prosto przed siebie, zapadając się niekiedy głębiej, byle naprzód, byle prędzej dojść do domu. Nareszcie po tej wariackiej wędrówce przez bagna, wydostaliśmy się na grądy, a w jakiejś pół godziny później byliśmy już w gościnnej chacie Kapli.
   Komisja siedziała za stołem i pożywiała się na drogę, gdyż za chwilę miała odjeżdżać. Przysiedliśmy się również. W trakcie rozmowy z inspektorem skarbowym dowiedziałem się, że właściciele łąk biebrzańskich już od kilku lat zwracali się do władz o przeklasyfikowanie tych łąk, lecz wskutek braku planów i rejestrów pomiarowych lokalne władze skarbowe nie mogły zadość uczynić ich prośbom, gdyż przepisy na to nie zezwalały. Podatki trzeba było płacić znaczne, gdyż klasyfikacja przedwojenna była wysoka, zaś podczas wojny ze względu na bliskość twierdzy Osowiec, okupanci przez cztery lata nie pozwalali wjeżdżać na łąki i robić siano, wskutek czego łąki zarosły krzewami i zabagniły się. Ostatnio Ministerstwo Skarbu zezwoliło w drodze wyjątku, dokonać klasyfikacji bez owych przepisowych formalności i obecnie podatki z tych łąk obniżą się od 30 do 60-70%, co znacznie ulży ciężkiej sytuacji płatników, którzy rekrutują się jak tu mówią powszechnie ”z całego świata” to jest z powiatów szczuczyńskiego, augustowskiego, sokólskiego i białostockiego. Komisja odjechała, zostaliśmy sami. Usiedliśmy przy piecu. Ja grzałem zziębnięte nogi i suszyłem mokre dolne ubranie. Gospodarze gwarzyli o tem i o owem, starając się zabawić gościa. Rozmowa snuła się dokoła tutejszych bied, trosk, zmartwień i nadzieji. A wiec są niemal całkiem odcięci od świata. Życie jest tu ciężkie. Zboża niewiele, na wyżywienie nie wystarczy, siano marne, dobytek słaby. Poza tym choroby. Komarów latem zatrzęsienie - tną niemożliwie do krwi, że latem praca w polu i na łąkach, to prawdziwe katusze. Jesienią i zimą znowu wilki niszczą dobytek.
- Ot i teraz niech pan wyjdzie na ganek, to słychać, jak psy dzikie świnie zaraz za stodołami ganiają.
Wyszedłem aby zaspokoić ciekawość. Noc była ciemna. Niebo dalekie gwiazdami gęsto upstrzone. Istotnie za stodołami w bagnach i krzakach słychać było wściekłe ujadanie psów.
- To za świniami ganiają. A zimą nieraz słychać, jak wilki wyją nocami aż strach. Wróciliśmy pod piec.
- A wy staruszku, co tu robicie? Zwróciłem się do osiemdziesięcioletniego co najmniej starca, który grzał się w kącie przy piecu.
- Toć grzeję się , stary jestem, zimno…
- To nas dziadek, on tak zawse siedzi psy piecu - wtrąciła gospodyni.
- A cóż tu u was dawniej było słychać? - pytałem dalej.
- O, dawniej jak to dawniej – wycharkotał starczym głosem.
- Dziadek trochę psy głuchy, to mu tseba głośniej ksyceć - informowała gospodyni.
- Tu gdzieś w lasach augustowskich podczas powstania 1863 roku Wawer - Ramotowski ze swoją partią bił się z Moskalami? - Zagadnąłem głośno.[22]

Przypisy:
   [1] Bronisław Kretowicz (1881 - ????) urodził się w Libawie na Łotwie, gdzie ukończył gimnazjum realne. Od 1905 roku pracował w Mitawie. W czasie wojny członek zarządu Polskiego Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny. Pracował jednocześnie jako korespondent „Dziennika Piotrogradzkiego”, „Głosu Polskiego”, „Echa Polskiego” i innych. W 1919 roku przyjechał na ziemie Polskie i objął stanowisko naczelnika Urzędu Skarbowego w Grajewie. Założyciel i aktywny działacz w wielu organizacjach m.in. spółdzielni „ Pogranicze”, członek zarządu LOPP, Strzelca i innych. Autor kilku powieści „Jezus Maria” (wyd. 1922), „Diabla wnęka” (wyd. 1924), „Wiatr od Polski” (wyd. 1928), „O czym szumi Dewajtis” (wyd. 1929). Pisywał również wiersze.
   [2] Autor używając określenia puszcza choszczewska, miał na myśli lasy znajdujące się w rejonie leśniczówki Choszczewo wchodzące w skład lasów Leśnictwa Rajgród.
   [3] Chodzi tu oczywiście o Józefa Konstantego Ramotowskiego ps. Wawer. Jednak wbrew rozpowszechnionej opinii Ramotowski nigdy nie formował swojego oddziału w tutejszych lasach. Według raportu Jana Aleksandra Andruszkiewicza z początku maja 1863 roku, od połowy kwietnia tworzona była powstańcza partia, której liczebność wzrosła do 160 osób. W oddziale było 29 sztucerów, 28 dubeltówek, 22 pojedynki, 4 rewolwery i 11 sztuk pistoletów. Pozostali zaopatrzeni byli w kosy. Na posyłki był jeden jeździec. Brakowało odzieży, która jednak zdaniem raportującego była już szyta. Trochę inaczej przedstawił to w swoim stanie służby Bonifacy Dziadulewicz, który pisze o sformowanym przez niego 70 osobowym oddziale strzelców. Najprawdopodobniej jednak grupa strzelców Dziadulewicza była jednym z pododdziałów wchodzącym w skład 160 osobowej partii. 8 maja partia zaatakowana przez oddziały Kowalewskiego i Paradełowa wycofała się w lasy sztabińskie. Na początku czerwca w tutejszych lasach rozpoczął formowanie swojej partii Feliks Oktawian Szukiewicz. Zebrał on około 80 ludzi. Jednak w przeciwieństwie do pierwszego oddziału, jego ludzie zaopatrzeni byli głównie w kosy i niewielką ilość starej broni palnej. 11 czerwca Szukiewicz, ścigany przez duże sił rosyjskie, wycofał się z okręgu biebrzańskiego w lasy augustowskie.
   [4] Właścicielem 300 hektarowego majątku był Teofil Rydzewski (1864 - ok. 1941). Po wkroczeniu Rosjan uwięziony i skazany jako wróg ludu na 8 lat ciężkich robót. Zmarł na zesłaniu.
   [5] Co do ilości „numerów” podawane są różne liczby. Wynika to z tego, że „ podosady” które dzisiaj nazywamy ogólnie „Grzędami” nigdy nie tworzyły jednej wsi, a nawet w XIX wieku należały nawet do różnych parafii. W skład Grzęd „właściwych” wchodziły Nowy Świat, Wilcza Góra, Dębowa Góra i Solistowska Góra, a pozostałe domy tj. Osowe Grzędy i Pojedynek przynależały do osady Longiew. Zupełnie zapomnianą nazwą jest „ prorokowi” w latach 30-tych XX w.
   [6] Chodzi o Jakuba Poniatowskiego s. Dominika i Julianny, ur. 30 VII 1904 r. w Bełdzie. Absolwent Seminarium Nauczycielskiego w Grodnie. W latach 1927-1929 był nauczycielem w Grzędach. Przez pierwszy rok szkoła funkcjonowała na Pojedynku u Grabowych, a później u Józefa Kuklińskiego na Dębowej Górze. Tu poznał swoją żonę Czesławę z Zyskowskich. W czasie wojny brał udział tajnym w nauczaniu. Później był nauczycielem w szkole Bełdzie. Zmarł 15 VIII 1980 r. w Bełdzie.
   [7] Bułkowizna wieś w gminie Bargłów.
   [8] Leśniczówka Choszczewo Według opisu z 1835 roku posada Choszczewo postawiona została przed 1812 rokiem kosztem Gotlieba Zelmana (+1824) strażnika lasów narodowych. Chata została zbudowana z bali sosnowych i miała wymiary 16 x 12 łokci. Składała się z sieni, alkierza i większej izby. W izbie był piec z cegły palonej. Podłoga i sufit wykonane były z tarcic. W skład posady wchodziły ponadto stodoła, chlew, szopa, „sklep” czyli piwnica, w której przechowywano produkty żywnościowe. Mijana leśniczówka była oczywiście kolejną - wybudowaną w miejscu posady Zelmana. Leśniczym był wówczas Zyskowski.
   [9] Torfiasta łąka, zapewne chodzi o łąkę Puścien (dzisiaj las o tej nazwie). Łąka Puścień /dzisiaj las Puścień/. Według informacji pana leśniczego Ziarko z Choszczewa miejsce o tej nazwie znajduje się, w pobliżu ścieżki (oznaczonej jako niebieski szlak) - odchodzącej w lewo na 1,2 km od drogi leśnej Choszczewo – uroczysko Nowy Świat. Zgodnie z raportem Andrzeja Wagi wójta gminy Pruska z 1/13.06.1863 roku, wojska rosyjskie przeczesujące tutejsze lasy w poszukiwaniu powstańców odnalazły zwłoki dwóch powieszonych mężczyzn. Zwłoki były w daleko posuniętym rozkładzie. Jednym z powieszonych był Adam Wiszniewski z Białogrądów. Znaleziono tu ponadto kilka starych szałasów z niewielką ilością prowiantu. Echem tamtych czasów był rosnący w latach 30-tych XX wieku wzdłuż drogi przecinającej rezerwat Grzędy 70 letni las, ciągnący się nieszerokim pasem. Był to ślad przesieki wykonanej na polecenie Rosjan w tym celu, aby na odsłoniętych liniach łatwiej im było wyłapywać przekradających się lasami powstańców.
   [10] Łosie w lasach Leśnictwa Rajgród objęte było ochroną. Jednak zdarzały się jednak dość liczne przypadki kłusownictwa. Na przykład w czerwcu 1929 roku na tzw. Łąkch Podliszewskich, kłusownicy w osobach Franciszka, Adolfa i Piotra Knicińskich oraz Antoniego i Władysława Waszkiewiczów zabiła klępę i łoszaka. Był to trzeci przypadek w ostatnich latach kłusownictwa na łosiach w lasach rajgrodzkich. W 1934 roku odnotowano 2 przypadki kłusownictwa. M.in. na początku 1934 roku bracia Aleksander i Antoni Merscy z Kapic zabili w okolicach Osowca półrocznego łosia. W 1936 roku odnotowano kolejna 2 przypadki zabicia łosia. „Ostoją” tego procederu były wsie Kuligi, Ciszewo, Pieńczykowo i Kapice. Jednak zdecydowana postawa miejscowego nadleśniczego Jerzego Borkiewicza i pozostałych leśników spowodowało, że stopniowo zwierząt tych zaczęło przybywać. W 1929 zliczono 5 sztuk, w 1934 – 12, a w 1935 - 13 osobników.
   [11] Grupa kilkunastu okazałych modrzewi rosła w oddziale 207 (według podziału z okresu międzywojennego), po lewej stronie tuż przy drodze Choszczewo – Nowy Świat. Aby ułatwić samosiew, pas wokół stanowiska został przez leśników sztucznie oczyszczona przez usunięcie niepożądanej roślinności. Jednak poza kilkoma samosiewkami modrzewia dużo liczniej obsiał się świerk. Obecnie na tym stanowisku obecnych zachował się bodaj jeden olbrzymi modrzew.
   [12] Rezerwat Czerwone Bagno powstał w 1925 roku, a oficjalnie zatwierdzony został w 1930 roku. Miał powierzchnię 2179 ha. Dla umożliwienia pełniejszego zwiedzania rezerwatów Czerwone Bagno i Grzędy w 1936 roku wybudowano 125 m kładek. Pomimo tych udogodnień w 1936 roku rezerwaty odwiedziły 2 wycieczki (!).
   [13] Bajanie o wsi Grzędy. Niedostępność wsi powodowała, że narastały o niej i ich mieszkańcach legendy. „Oni sanie mieli skórami wybijane, oni w szubach, czapkach bobrowych chodzili. (…) A kufry pełne złota trzymali ”.
   [14] Pięknem tutejszego drzewostanu zachwycała się Karolina Lublinerówna (1899-1963), biolog, autorka bodaj pierwszego naukowego artykułu o rezerwacie Grzędy opublikowanego w 1935 roku.
   [15] Staw tzw. Kaplów Dołek lub niecenzuralnie płucydupa.
   [16] Trasa prowadziła od Kaplego Dołku do Wilczej Góry. (fragment dzisiejszy szlaku czerwonego).
   [17] Niewielka wieś położona w powiecie i gminie Augustów.
   [18] W związku, z tym, że w zbiorach bibliotecznych nie zachował się odcinek 4 reportażu, z dalszego opisu można wywnioskować, że nasz bohater z grupą grzędzian przez łąki doszedł prawdopodobnie na Wilczą Górę do miejsca gdzie dzisiaj stoi wieża widokowa. Obecnie po dawnej wsi zostało bardzo niewiele śladów. Poszczególne zagrody można zlokalizować po rosnących kępach bzu. Jedynym trwałym śladem są pozostałości po murowanych zabudowaniach rodziny Grabowych vel Grabowskich na tzw. ,,Prorokowie,,. Była tam posada strzelca lasów rządowych. Pod koniec lat 20 tych XIX wieku mieszkał tam strzelec Andrzej Grabowy z Dolistowa z żoną Katarzyną z Jasińskich z Kopytkowa.
   [19] Brak bliższych informacji o dokładnej dacie i okolicznościach zniszczeniu wsi. W czasie oblężenia twierdzy Osowiec na linii Choszczewo - Grzędy i Dębowej Górze stacjonowali żołnierze z 41 pułku Kozaków Dońskich. 21 na 22 czerwca 1915 roku z Longwi w kierunku Kuligów wyruszyła kompania ze 113 Staroruskiego pułku piechoty, aby stoczyć potyczkę ze stacjonującymi we wsi Niemcami. Próba zajęcia wsi zakończyła się zupełną klęską Rosjan. Kilku zginęło, a blisko 100 dostało się do niewoli.
   [20] Na początku lat 90-tych próbując odszukać ślady wsi i mieszkających tu ludzi znalazłem metalowy, owalnie wygięty daszek, który osłaniał pasyjkę na wspomnianym krzyżu.
   [21] Aluzja do nazwy uroczyska Nowy świat. Chodzi zapewne o Stanisława Lemiesza, który kilka miesięcy później zmarł wraz z ojcem gwałtowną śmiercią. Tragiczny wypadek miał miejsce 13 czerwca 1933 roku na uroczysku Nowy Świat. Od uderzenia piorunu zginęli Paweł Lemiesz z Bargłowa i jego syn Stanisław Lemiesz (Lemenś). Świadkami zgłaszającymi w kancelarii parafialnej w Rajgrodzie zgon Stanisława byli Jan Koniecko z Rajgrodu i Stanisław Łuba z Grząd.
   Zdarzenie to stało się opisane zostało w prawicowym tygodniku „Życie i Praca” pod tytułem „Czyżby palec Boży?”. W uroczystości Trójcy Przenajświętszej, zamiast do kościoła wybrał się samym południem w odwiedziny do syna swojego zamieszkałego w odległości 20 kilometrów, aby razem z nim następnego dnia stanąć do licytacji łąk. Zaledwie przybył do Grzęd i zasiadł ze swym synem dom stołu, po niedługim czasie nadciągnęła chmura i jeden jedyny piorun razi go z synem na śmierć, mimo, że w temże mieszkaniu zostały dzieci. Najstarszy z nich, jedenastoletni chłopiec, na widok tego co się stało pobiegł do najbliższego sąsiedztwa i przy pomocy sąsiadki zdołał wyciągnąć ojca z płonącego domu, dziadek natomiast spłonął prawie doszczętnie. Czy nie sprawdza się tu stare przysłowie - Jak zwykł święcić niedzielę, tak w sobotę na śmierć pościele.
   [22]Na tym urywa się tekst reportażu. Na pewno na ogólny charakter artykułu wpłynął również fakt, że w prezentowanym poniżej tekście brakuje dwóch odcinków – jak można przypuszczać z najbardziej interesujących tj. opisu licytacji łąk oraz relacji jednego z najstarszych mieszkańców o udziale grzędzian w Powstaniu Styczniowym. Niestety autorowi opracowania nie udało się odnaleźć numerów „Regionu Białostockiego” ze wspomnianymi fragmentami w ogólnopolskich katalogach czasopism.

Literatura:
- Tomasz Dudziński, biogram Bronisława Kretowicza na www.grajewiak.pl
- Franciszek Januszek, Jawne i tajne szkoły polskie w województwie białostockim w latach II wojny światowej. Białystok 1975.
- Jarosław Krawczyk, Lasy Drugiej Rzeczpospolitej w dawnych zapiskach prasowych. Wydarzenia zwykłe i niezwykłe. Warszawa 2010.
- Stefan Maciejewski, W krainie Biebrzy. Przewodnik. Suwałki 1996.
- Bogusław Perzyk, Twierdza Osowiec 1882-1915. Warszawa 2004.
- Joanna Wierzbicka, Niedaleko od Rajgrodu: Polski Sybir. Rajgród 2003.
- "Łowiec Polski" nr 12/1926, 32/1929.
- "Reflektor" nr 5/1934.
- "Ochrona Przyrody" 1935, 1937.
- Czy to palec Boży?, "Życie i Praca" nr 26/1933.
- Akt zgonu Stanisława Lemenśa, lat 42 zmarłego 13.06.1933 roku w Grzędach w: Archiwum Parafialne w Rajgrodzie, Księga zgonów 1931-1941,
- Informacje od pana Janusza Sobolewskiego z Rajgrodu, któremu niniejszym dziękuję.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież