Romualda Dudycz

(1912-1997)

nauczycielka języka polskiego w grajewskich szkołach


   Urodziła się 23.08.1912 roku w Odessie. Córka Antoniego i Stanisławy Korkuciów. W zawodzie nauczycielskim pracowała w okresie od 1934 do 31 sierpnia 1967 r., ostatnio na stanowisku nauczycielki Liceum Ogólnokształcącego im. M. Kopernika w Grajewie.
   W okresie okupacji prowadziła tajne nauczanie. Po wyzwoleniu zorganizowała szkołę podstawową we wsi Popowo w powiecie grajewskim. Dzięki jej staraniom wybudowany został w tej miejscowości budynek szkolny. Od roku 1950 do czasu przejścia na emeryturę pracowała w szkolnictwie średnim. Brała aktywny udział w rozwijaniu życia kulturalnego w środowisku. W roku 1945 dochód z występów zorganizowanego przez nią zespołu teatralnego umożliwił zakup niezbędnego do prowadzenia zajęć lekcyjnych sprzętu.
   Była aktywnym członkiem ZNP, m.in. w latach 60-tych i 70-tych przewodniczyła Sekcji Emerytów i Rencistów ZNP. Była również członkiem Prezydium Miejskiego Komitetu FJN, przewodniczącą Społecznej Komisji Pojednawczej, członkiem Komisji Oświaty i Kultury, członkiem Prezydium Zarządu Miejskiego Ligii Kobiet, społecznym kuratorem sądowym.
   Odznaczona m.in.: Srebrnym Krzyżem Zasługi, Odznaką Tysiaclecia Państwa Polskiego, Odznaką "Zasłuzony Białostocczyźnie".


Romualda Dudycz we wspomnieniach Apoloniusza Ciołkiewicza


   Nie sposób zapomnieć tej osoby... Była przez dwa lata (1965 – 1967) moją wychowawczynią w grajewskim ogólniaku. W klasie ósmej i dziewiątej, bo tak się złożyło, że ja i moi rówieśnicy byliśmy ostatnim rocznikiem, który miał w liceum klasy VIII – XI. Pani Profesor Dudycz uczyła nas w klasach VIII i IX języka polskiego, a w klasie ósmej łaciny. W klasie dziewiątej łacinę nam skasowano i wprowadzono niemiecki. Jego czteroletni kurs przerabialiśmy w ciągu trzech lat. Myślę, że zarówno ze szkodą dla łaciny, jak i niemieckiego...
   Z łaciny pamiętam, że Pani Dudycz starała się ze wszech miar zarazić nas entuzjazmem do tego martwego języka. Zapewne temu celowi miało służyć też uczenie nas, oprócz nudnych preparacji, znanych piosenek po łacinie. I tak uczyliśmy się łacińskich słów naszego Hymnu Narodowego. Pamiętam dziś już tylko początek refrenu, zaczynający się słowami „Eia, Dombrovi...” Jakiś były uczeń naszej wychowawczyni ułożył też łacińskie słowa do popularnej wówczas piosenki „Wala twist”. I tutaj też pamiętam tylko kawałeczek refrenu: „Valentina, o Valentina, tu prima orbis coelestis miss”.
Ludzka pamięć, a więc i moja, miewa swoje tajemnice. Nie wiedzieć czemu zapamiętałem całą pierwszą łacińską zwrotkę polskiej piosenki „Wygnała wołki”. Brzmiało to tak:
„Exegit boves in Bucovinam
sumpsit et lyram secum latinam,
cantavit, saltavit,
niveosque suos boves sic pavit...”
   Gdy na zakończenie ósmej klasy Pani Profesor zorganizowała nam kilkudniową wycieczkę na Mazury, na statku płynącym po jeziorach śpiewaliśmy łacińskie „przeboje”. Ludzie dopytywali się, czy jesteśmy wycieczką z Włoch...
   Pani Dudycz przez dwa lata była moją polonistką. Gnębiła mnie za brzydki charakter pisma, ale chwaliła za styl i bogate słownictwo. Dziś, z wiekiem mój styl może nieco ubożeje, za to charakter pisma chyba się nie zmienił. Piszę nadal jak kura kopytem. Na szczęście w wydruku komputerowym tego nie widać...
   Gdy skończyliśmy klasę dziewiątą, nasza wychowawczyni odeszła na emeryturę. Języka polskiego zaczęła uczyć Pani Profesor Maria Ławrynowicz, a wychowawcą został Jan Ciołkiewicz, czyli mój ojciec... Kontakt z Panią Dudycz urwał się na kilka lat.
   Ponownie zetknąłem się z moją byłą wychowawczynią w latach pierwszej Solidarności. Jakoś tak przed wprowadzeniem stanu wojennego opowiedziała mi historię pierwszego powojennego referendum. Pani Dudycz siedziała w komisji referendalnej w Rudzie koło Grajewa. Gdy zamknięto lokal i komisja zabierała się do liczenia głosów, wpadło kilku ubeków z Grajewa. Zabrali głosy z urny, wsypali jakieś inne. Kazali liczyć i zagrozili, żeby o tym nikomu nie mówić.
   Potem, gdy zdobyłem wydany w podziemiu „Inny świat” Gustawa Herlinga – Grudzińskiego, pożyczyłem książkę Pani Profesor, by sobie poczytała. Było to już w stanie wojennym. Gdy zgłosiłem się po odbiór, Pani Profesor zapytała mnie, ile zapłaciłem za tę pozycję. Po otrzymaniu odpowiedzi dała mi pieniądze, a książki wydanej przez oficynę „NOWA” już nigdy nie zobaczyłem.
   Spotykałem się z moją była wychowawczynią jeszcze kilkakrotnie, ale coraz rzadziej. Kiedy zmarła, nie poszedłem na pogrzeb, miałem wtedy poważne kłopoty zdrowotne. Ale może to i lepiej...
   Do dziś widzę ją, jak mówi do mnie: „Pisz staranniej, ale tak samo z polotem, jak dotychczas”. I dodaje: „Przestań też pajacować, bo powiem ojcu”. Ale, jak potem się dowiedziałem, nigdy nie powiedziała...

 

Wspomnienie o Śp. Pani Profesor Romualdzie Dudycz Wiesława Chilińskiego

„Za wszystko trzeba płacić lub wzajemną pracą, albo wdzięcznem uczuciem …”.
( Adam Mickiewicz, Dziady cz. IV).

   Trzeba więc również odpłacać wdzięcznością za otrzymane dary tym, którzy nas nauczali, wskazywali drogę, oddawali swoje siły na zwielokrotnienie naszych sił, rugowali z nas samolubstwo i przygotowali do życia między ludźmi. Oni nas, swoich uczniów, obdarowali wystarczająco dobrze byśmy mogli swoją i ich przyszłość ubogacić hojniej, nigdy nie zapominając, że matką naszych dzieł była ich wytężona praca.
Mając to na względzie chciałbym, także po upływie wielu, wielu lat, wyrazić serdeczną wdzięczność moim Nauczycielom i Wychowawcom, a w szczególności Śp. Pani Profesor Romualdzie Dudycz - Polonistce Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Grajewie, m.in. z lat 1953/1954 - 1956/1957. Z ogromną atencją odnoszę się do Jej wielkiej pracy, jaką wykonała w ciągu tych czterech lat szkolnych nad młodym człowiekiem z głębokiej wsi, by wyprowadzić go ze świata , pięknego skądinąd, języka gwarowego i wprowadzić w świat poprawnej polszczyzny i wiedzy o literaturze. Wprawdzie pozostała we mnie mowa, której pięknem w dzieciństwie rozbrzmiewała każda chata, ale też zadomowiła się literacka polszczyzna, o którą staram się dbać i ją pielęgnować.
   Od Pani Profesor, jako uczeń, usłyszałem wiele krytycznych uwag, ale nigdy nie zamknęła przede mną szansy bym "wypłynął na głębię" i próbował zbliżyć się do lepszych. Wspierała mnie swoim talentem pedagogicznym. To Ona nałożyła na mnie obowiązek pomocy szkolnej Bibliotekarce przy porządkowaniu zbiorów bibliotecznych. Widziała w tym cel, który zaowocował wielką przyjaźnią z książką w całym moim późniejszym życiu. To Ona zleciła mi rolę narratora w szkolnej inscenizacji "Świtezianki" - ballady Adama Mickiewicza, a potem podobną rolę w inscenizacji "Komuny Paryskiej" – poematu Władysława Broniewskiego na uroczystościach 1 - majowych w sali kina w Grajewie. Obsadziła mnie też w mało wdzięcznej roli oskarżyciela w inscenizacji "Latarnika" - noweli Henryka Sienkiewicza o wydźwięku patriotycznym oraz wręczyła mi na ferie Bożonarodzeniowe czasopismo "Życie Literackie", bym przeczytał tam obszerny artykuł o Ludwiku Solskim – geniuszu sceny, dyrektorze teatru i reżyserze, który zmarł w 1954 r. To także Ona zadawała nam dziesiątki wypracowań domowych i klasowych, a każde z nich miało zawierać wiele stron merytorycznego tekstu i być przeprowadzone według ułożonego planu, zawierającego: wstęp, rozwinięcie i zakończenie, i każde było sprawdzone i ocenione.
   To wszystko sprawiło, że po pisemnym egzaminie maturalnym z języka polskiego Pani Profesor, podczas przypadkowego spotkania na ulicy, obdarowała mnie radosnym spojrzeniem i stwierdziła, że jest w rozterce, czy moją pracę maturalną ocenić na "dobry minus", czy na "dostateczny plus". Byłem cały w skowronkach.
   W moim późniejszym życiu popełniałem różne teksty: urzędnicze, popularne i naukowe. Miałem też wiele wystąpień publicznych. Wydawało mi się, że były one zawsze przyjmowane życzliwie. Niektóre nawet zyskiwały wyraźną pochwałę. To Pani Profesor zawdzięczam te pochwały.
To Ona, ostrząc nasze umysły, dbała też niemało, by to czego uczyła w sercach naszych pozostało. O Niej i o innych Jej podobnych można powiedzieć słowami ks. Adama Stanisława Krasińskiego - dawnego biskupa wileńskiego, że: "Wdzięczności i czci godni są nauczyciele Ci, którzy uczą dobrze, nie zaś ci, co uczą wiele". Uczyli i wychowywali nas dobrze nasi Grajewscy Licealni Nauczyciele i Wychowawcy z tamtych lat.

Napisał w Olsztynie, w maju 2014r., Wiesław Chiliński
maturzysta z 1957r. Liceum Ogólnokształcącego
im. Mikołaja Kopernika w Grajewie