Feliks Mikołajewski

(1875-1948)

grajewski rzemieślnik


   Gdy mówimy o robotach ślusarsko – kowalskich, to nie było w powiecie szczuczyńskim majstra, jakim był Feliks Mikołajewski. Zakład swój miał przy ulicy Krótkiej, a mieszkał tu bliżej przy Ełckiej. W 1939 r. spaliły się te zabudowania, to potem jak odbudował warsztat, to i mieszkanie tam sobie urządził.

Grajewskiego ślusarza wspomina Apolinary Żabiński

   Od niego powychodzili fachowcy wysokiej klasy. Bolesław Romanowski, Dąbrowski, Łukawski Franciszek, Kozłowski, Mioduszewski Oleś. Synów dwóch wykształcił na ślusarzy, starszego Kazimierza i młodszego Józefa, Zyskowski Kajetan u niego 16 lat pracował jako czeladnik, Heniek Świacki tez u niego się uczył, co mnie zaprzysięgał w Związku Walki Zbrojnej. Jeszcze po wojnie uczył się u niego pan Mściwujewski Marian. I z wiosek dużo chłopców u niego się uczyło. Ponad 20 ludzi wyuczył zawodu. A starał się, żeby jego chłopcy rzetelnie wykonywali robotę i ciągle powtarzał: „Zrobisz dobrze, będą cię ludzie znać daleko, zrobisz źle, poznają cię jeszcze dalej”.
   U niego dyscyplina była duża. Przed siódmą i uczniowie i czeladnicy musieli być już w warsztacie. Wchodzi on i mówi: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. „Na wieki wieków amen” – odpowiadali wszyscy. Zdejmowali czapki z głów i śpiewali „Kiedy ranne wstają zorze”. Dopiero potem zabierali się do roboty. W poniedziałki pan Feliks przepytywał uczniów i sprawdzał, czy wiedzą, co ksiądz mówił z ambony. Jeżeli któryś nie był w kościele, to nie wiedział, co odpowiedzieć. Wtedy pan Mikołajewski mówił: „Żeby to było ostatni raz, bo następnym razem będą musieli rodzice przyjść”.
   Wyposażenie w narzędzia i maszyny jak na tamte czasy miał bardzo dobre. Wiertarki chyba trzy, a jedna, ta największa, umocowana była do drewnianego słupa wkopanego w ziemię i przymocowanego czepem do belki. Wiertła robili sami, trzykanciaste, bo czterokanciaste za szybko się zużywały.
   Tokarnię też posiadał. Takie duże koło zamachowe miała jak u sieczkarni, ale większe. W tym kole zamachowym była tuleja, tak chyba w połowie szprychy i w ścianie była tuleja, w tych tulejach siedział drążek jednym końcem w ścianie, drugim w kole zamachowym i gdy majster chciał toczyć, to wyznaczał trzech silnych uczniów i mówił: „No to, paniczkowie, do mlona”. Stawali przy drążku, kręcili, a on toczył.
Dużo narzędzi tam było własnej roboty. Śrubstaki tzn. imadła sam sobie robił różnej wielkości. Również przyrządy do gwintowania; tzw. sznajdyzy, czyli jak teraz mówią narzynki. I małe takie 3 mm średnicy i duże 3-4 cm sam wykonywał ręcznie. I sznajdkluby sam robił, tzn. gwintowniki.
   Narzędzie miał, jakie chciał, a wszystkie sprawne i chwytne, bo jak mówił, jeżeli narzędzie w rękę uwiera, to rzemieślnik się złości i przeklina i wówczas Pana Boga obraża.
   Spawarki to nie miał, bo to urządzenie jeszcze nie było u nas znane. Ale żelazo łączyli przez tak zwane hicowanie, czyli zgrzewanie. Np. gdy łączyli obręcze do woza, które miały 6 cm szerokości i około 1,5 cm grubości, to końce płaskownika zesztachowali, tzn. ścięli w klin, wygięli tak, żeby te końce sklinowane się zeszły i grzeli w ogniu. A gdy żelazo zrobiło się białe i zaczynało się palić, wyjmowali z ognia, sypali piachem, żeby te końce sklinowane się zeszły i grzeli w ogniu. A gdy żelazo zrobiło się białe i zaczynało się palić, wyjmowali z ognia, sypali piachem, żeby przygasić iskrzenie, kładli na kowadło i łup, łup, łup, łup, łup, łup i się łączyło.
   A inne delikatniejsze części to szwejsowali. Też grzeli żelazo na biało, przekładali łączone części blachą mosiężną, posypywali boraksem i kuli.
   W trudnych czasach, za Sowietów, to nawet pilniki sam regenerował. Brał stare, nagrzewał i meselkiem dokładnie raz koło razu nacinał na skos, a potem hartował. Dzisiaj to się nazywa renowacja. Nowej techniki nie pochwalał i mówił: „Technika oducza ludzi od umiejętności, niszczy rzemiosło i rzemieślników”. To mówiąc, miał rację pan Feliks Mikołajewski. Dziś stal rozpoznajemy pop symbolach polskiej normy, a on brał kawałek metalu w palce, tylko paznokciami przytrzymywał delikatnie, a drugą ręką prztyknął i słuchał. Po dźwięku poznawał, co można z tego materiału zrobić.
   Wszystkie roboty precyzyjne i artystyczne to on robił. Nawet dla pana Przyjemskiego w Glinkach koło Lachowa, z tego rodu Przyjemskich, o którym pisał H. Sienkiewicz, że „u księcia Jeremiego, wojewody, pan Przyjemski był biegły w sztuce sypania szańców, bo w cudzoziemskich autoramentach sługiwał”. To pan Mikołajewski zrobił mu taką wielką bramę dwuskrzydłowa kutą z żelaza. Po lewej stronie, jak się wchodzi, herb rodowy jaśnie pani umieścił, a po prawej jaśnie pana. Tylko, że ja nie mogę powiedzieć, jak wyglądały te herby, bo ich nie widziałem. Nie byłem tam. Tylko mama nasza mówiła, bo myśmy mieszkali już w Grajewie, jak on to robił. A gdy wrócił stamtąd po robocie, przywiózł nam gościńca od mamy matki a mojej babci i odpowiadał o tej bramie.
   Miał ktoś lokomobilę zepsutą, chyba pan Gromadzki z Niećkowa. Z Prus jakiegoś grata przyciągnął, to on, pan Feliks, zrobił jej kapitalny remont. Tłoki dorabiał, czy coś, nie wiem dokładnie, bo miałem wtedy dopiero 16 lat.
   Mnie się ta robota ślusarska bardzo podobała. Zazdrościłem uczniom, że chodzą tacy usmarowani. Też chciałem się uczyć u ślusarza, ale trzeba było stolarkę robić. Dopiero potem, gdy zacząłem interesować się bronią, to żeby skorzystać z narzędzi, chodziłem do pana Zyskowskiego Kajetan, co kuźnię miał bliżej, tu przy Domu Parafialnym zaraz. Najwięcej korzystałem ze śrubstaka, bo pilniki to nas były, ale imadła ojciec nie miał.
   Nie było takiej rzeczy, której pan Mikołajewski by nie zrobił, nawet rusznikarskie roboty przyjmował. A na dawniejszej broni kapiszonowej znał się dobrze. Doktorowi wterynarii Patrynowi kurki dorabiał do starej dubeltówki.
   A jakie kłódki robił! Żydzi, co mieli jatki, to takie kłódki zamawiali, jakieś 18 cm długie. Były okrągłe, trochę stożkowate, wajchy przekładało się przez antabę i zamykało. Klucze były kręcone, takie jakby gwint, jakby nie gwint. Tyle tych kłódek robił, a każda inna i wewnątrz. Tyle cuhalty miała, tak że żadnym innym kluczem nie dała się otworzyć.
   A jak klucze dorabiał, to starej kłódki nawet nie rozbierał. Na pamięć wiedział, jak klucz powinien być wyprofilowany.
   Różne kraty pięknie wykuwane robił, ogrodzenia na groby z pięknymi ozdobami kutymi ręcznie. Dziś to nazywa się metaloplastyka.
   Jak robiliśmy drzwi wejściowe do domów, takie mocne, w jodełkę układane, to klient czasem dla parady zamawiał gwoździe ozdobne u pana Feliksa. Łebki były duże, jak nasza pięciozłotówka lub większe, to niczym innym, tylko młotem były wykonane i młotem ozdabiane. Każde uderzenie młota było znać i służyło za ozdobę.
   Nieraz widziałem, to cała skrzynka tych gwoździ stała, łebki miały wykute w kształcie rozetek. Przyjemnie było patrzeć na te cacka.
   Zawiasy okienne i drzwiowe do domów, co wtedy budowali, to wszystkie on robił. Baskwile do okien tzw. zamki francuskie i inne okucia – wszystko było jego roboty. Jak Szkołę Nr 1 budowali, to baskwile kupili, ale on je poprawiał i udoskonalał, pasował do wielkości okien na stacji też wszystkie okucia, zamki i kraty wykonane były w warsztacie Mikołajewskiego, ale wcześniej, jeszcze za życia mego ojca.
Przy przejeździe kolejowym najpierw kręciołki były, a potem zrobili barierki z obu stron przejścia i zygzakiem się szło, żeby z rozpędu ktoś pod pociąg nie wpadł. To te barierki pan Feliks robił. A rury na zgięciach miały tę samą średnicę co na odcinkach prostych. A jak to gięli? Zasklepiali jeden koniec rury, sypali piasek do środka i ubijali go. Potem zasklepiali, drugi koniec gięli na gorąco.
   Po wojnie japońskiej za czasów Koluszki, tzn. cara Mikołaja, likwidowali studnie łańcuchowe a wprowadzali pompy w Grajewie. To wszystkie te pompy pan Feliks robił. Kupował grube rury, a czasem jak nie mógł dostać takiego rozmiaru, to sam robił. Hicował i wyglądała jak fabryczna. I tłoki sam robił i korby – te dźwignie do pompowania. A te korby to były ślicznie, pięknie wyginanie i do palców były wgłębienia, żeby się dłoń się ślizgała. Bardzo dużo pomp, wykonał.
   Na Pocztowej była jedna pompa, przy targowicy na Rudzkiej druga Teraz tam jest os. Tysiąclecia), przy synagodze trzecia, czwarta była pośrodku rynku, piąta stała przy Straży Ogniowej, szósta przy Magistracie, siódma przy starostwie i tam dalej za parkiem przy Urzędzie Celnym była pompa i przy dworcu kolejowym. I w koszarach było chyba 6 pomp. Konie wtedy mieli, to dużo wody wojsko używało.
Pamiętam jedno ciekawe zdarzenie. W tym roku, co tak dużo kajaków robiliśmy, ojciec posłał mnie po okucia do sterów. Poszedł, a stary majster był na obiedzie. Czeladnicy jeszcze kończyli te okucia, więc rozmawiałem z nimi. Przyszedł pan Mikołajewski, to ja z daleka kłaniam się i mówię: „Dzień dobry”. Tak, panie majster”. „Panie majster” trzeba było go tyłułować, bo za „mistrza” się gniewał. „Mistrz – mówił – to był we Wrocławiu i wszystko robił: hyclem był i gówna sprzątał”. Panie majstrze wszyscy mu mówili to i ja też tak samo. A on do mnie tak powiedział jak paniczek stoi przy warsztacie i szkicuje (tzn. zarzyna czopy) i paniczkowi stanie kolega i będzie nad uchem bajdurzył, to czy ta robota wyjdzie dobrze?” „Nie” – odpowiedziałem. „A więc i u mnie tak samo. Proszę zaczekać i nie rozmawiać z tymi, co pracują”. No to czekałem.
   Wtedy przyszła córka, nie pamiętam, czy starsza, czy młodsza. Napisała jakiś rachunek dla Magistratu, przyszła i powiada: „Tatusiu, napisałam już, niech tatuś podpisze”. Wyjął okulary z kieszeni, przetarł palcami, wziął piór, obejrzał je, krzyżaka w atramencie zamoczył raz i drugi, postawił F i kropkę i powietrza złapał. Później, jak napisał całe nazwisko, czapkę maciejówkę zdjął, okulary zdjął, wyjął z kieszeni taką dużą czerwoną chustkę i poobcierał się: czoło, głowę i karki aż. Tak się spracował przy pisaniu, aż spotniał.
   Pan Feliks był wykształconym człowiekiem. Ukończył trzyletnią szkołę rosyjską, co na owe czasy było bardzo dużo. Z takim wykształceniem brali do szkół podoficerskich. Mimo to, łatwiej mu było młotem niż piórem pracować.
   A za chwilę zobaczył, że któryś uczeń nie tak robi meselkiem jak trzeba. Taki nieduży był ten meselek, niewiele nad centymetr miał ostrza. Wziął od niego narzędzia, mesel w lewą, młotek w prawą rękę, lewy łokieć oparł o kowadło i stuku puku, stuku puku, lekko tak, sprawnie tak mu poszło, jakby Chopin palcami po klawiszach stukał. Jemu młotkiem lżej było niż piórem robić.
   Te rzeczy, co on wykonał, to w muzeum powinny się znajdować. Jeszcze tutaj na cmentarzu stoi pomnik jego roboty, zaraz na prawo przy kaplicy. W 1929 roku Niemcy strzelali do naszych strażników granicznych. Jednego zabili, drugiego ranili, ale też zmarł potem w szpitalu. To było tu między Boguszami a Konopkami gdzieś. Ten grób już dawno, by zginął i kto inny by go zajął, ale nie, bo ten pomnik wciąż stoi, taki słup z grubych blach zrobiony, ośmiokanciasty, dołem trochę szerszy. Na górze stał krzyż, ale rdza go zjadła i odpadł. W biało-czerwone pasy malowany skośnie jak słup graniczny.
   Tak samo i jego synowie byli dobrymi fachowcami, ale każdy był inny. Józef, ten młodszy, nie miał dobrego zdrowia, to robił przeważnie takie precyzyjne roboty. Broń naprawiał. Tu dużo było myśliwych, mieli dubeltówki kurkówki, to często sprężyny im pękały. A sprężyna była w kształcie litery V. Jedna strona miała jakieś 4 cm długości, a druga ponad 5 do 6. i były łączone przez zgrzewanie. Pan Józef bardzo dokładnie to robił, tak że dłużej wytrzymywały sprężyny jego roboty niż fabryczne.
   Kiedyś robiliśmy meble panu Użarowskiemu, komornikowi powiatowemu. To on miał też strzelbę kapiszonówkę. Oglądałem ją i zauważyłem, że kurki nie działają. Więc mówię: „pan Mikołajewski dobrze robi te sprężyny”. A ten Użarowski to był miłośnik ptaków. I dubeltówkę używał tylko do straszenia drapieżników. Gołębie hodował i kanarki. Nieraz to 200 gołębi miał, a mieszkanie u niego to całe było zastawione klatkami i kanarkami.
   Potem zaniósł tę strzelbę do warsztatu na Krótkiej i był bardzo zadowolony z roboty.
   A zegar to pan Józef zrobił taki, że tylko raz na kwartał go się nakręcało. I kurhany wydzwaniał. Cały werk sam zrobił. Duży był bardzo ten zegar i sprężynę miał długą. Spalił się w 1939 r. razem z domem.
Starszy syn pana Feliksa Kazimierz Mikołajewski otworzył swój warsztat przy ulicy Rudzkiej. No to on nastawiał się więcej na nowoczesną technikę. Tokarnię też miał, ale napędzał ją motorem. Samochód podstawiał, przy silniku miał szajbę, pas na nią zarzucał i obracał wał transmisyjny. A na wale też były szajby, czyli koła pasowe i one przez drugi pas obracały wrzeciono tokarki. Wiertarkę, tokarkę i szlifierkę – wszystko tym samochodem gonił. A ten samochód to sam zrobił, tylko silnik skądś przywiózł. W kabinie były dwa okienka i drzwiczek dwoje, na kolorowo był pomalowany z napisem: „K. Mikołajewski, Grajewo, ul. Rudzka, Zakład Ślusarsko – Mechanizmy.” Z obu stron taki napis był. Silnik miał daleko wprzód wysunięty, a światło było akumulatora, nie na karbid jak inne samochody. A jak chciał uruchomić silnik, to korbą kręcił z przodu.

Źródło: „Gazeta Grajewska” Nr 22/1990 i 23/1990 r.

Zmarł 13 VI 1948 r. Pochowany na cmentarzu w Grajewie.

Komentarze   

0 #1 Urszula 2021-03-17 08:33
jestem w posiadaniu kilku zdjęć mojego pradziadka Feliksa Mikołajewskiego.Jego wnuczka Danusia dbała o to żebyśmy znali historię rodziny Wnuk Zbyszko Piwoński jeszcze żyje.
Był senatorem przez 4 kadencje
Cytować