Ogniwo - nr 46/1903


   W No No 33 i 37 „Ogniwa” zamieszczone były korespondencje o naszym mieście i stosunkach duchowieństwa do parafian. Jako stały mieszkaniec Grajewa, pozwalam sobie podać parę faktów, które rzucą nieco światła na te stosunki. Przed dwoma laty chrzczono dziecko jednego z miejscowych obywateli. Ojcem chrzestnym miał być p. S., urzędnik, który żyje skromnie, nie wydaje wieczorków połączonych z pijaństwem i karciarstwem, a co gorsza, jako człowiek myślący i zdrowo zapatrujący się na rzeczy, pozwala sobie otwarcie krytykować niewłaściwe i niezgodne ze stanem duchownym postępowanie księży. Dlatego jest okrzyczany przez nich i przez oddane im kumoszki jako człowiek „bez religii”. W sferach duchownych uznano, że podobna osoba nie może być ojcem chrzestnym dziecka pochodzącego z pobożnej rodziny i postanowiono przykładnie upokorzyć i ukarać „niedowiarka”. Kiedy przyniesiono dziecko do kościoła, mający je chrzcić ksiądz wikary, wobec zgromadzonych ludzi, oświadczył, że p. S. nie może być ojcem chrzestnym. Nie wiem, czy w danym razie działał na swą rękę, czy też z natchnienia swego najbliższego zwierzchnika; ponieważ zaś wiedział dobrze kilka dni przedtym od rodziców dziecięcia, kto ma być ojcem chrzestnym i nic nie mówił, widoczną zatym była z jego strony chęć skompromitowania p. S. publicznie. Pan S. oddalił się, nic nie mówiąc. Ponieważ zaś nie należy do liczby tych, co wyroki księży uważają za nieomylne, napisał o tym do biskupa, zdając sprawę na sąd jego. Biskup zganił postępek księdza, przenosząc go jednocześnie na wikarego do innej parafji na wieś. Zdaje się, że sprawa powinniby się na tym skończyć; tak przynajmniej sądziłby każdy zdrowo myślący. Znaleźli się jednak tacy, według których wikariusz miał prawo postępować w podobny sposób, a zatym był na swoim miejscu i niesłusznie został ukarany. Posłano do biskupa prośbę o pozostawienie go w Grajewie, a gdy to nie pomogło, urządzono mu pożegnalny obiad, na którym spełniano toasty i wygłaszano mowy, wysławiając go jako rycerza wojującego, który padł ofiarą gorliwego pełnienia swoich obowiązków, i wyrażając tym samym protest przeciw rozporządzeniu biskupa. Czym mianowicie ów wikariusz mógł zasłużyć na owacje, jakie nam wyprawiono – nie wiem i jestem pewny, że żaden z jego adoratorów nie potrafiłby na to dać należytej odpowiedzi. Był to bowiem młodzieniec nie wyróżniający się od wielu innych ani wykształceniem, ani w ogóle przymiotami, które powinny zdobić kapłana, w ciągu niespełna dwu lat pełnił obowiązki wikarego i oprócz opisanego wybryku niczym więcej się nie odznaczył. O ile zapamiętam, w podobny sposób nie żegnano żadnego z wyjeżdżających od nas duchownych, chociaż między niemi byli ludzie godni szacunku, którzy zasłużyli się partji, jak naprzykład ksiądz dziekan Wyżykowski (jako proboszcz w Rajgrodzie), który w ciągu przeszło dziesięcioletniego pobytu w Grajewie, w miejsce zniszczonego przez pożar drewnianego kościółka, wybudował nowy murowany, a następnie dom dla księży, nie posiadając żadnych funduszów oprócz dobrowolnie składanych ofiar, oraz osobistych dochodów, które obracał na budowę, żyjąc bardzo skromnie. Przytym chociaż posiadał wyższe wykształcenie, nie wywyższał się nad innych, nie odgradzał się od zwykłych śmiertelników chińskim murem, komunikując się z niemi nie za pośrednictwem organisty, lecz był jednakowo dostępny dla wszystkich, radą i czynem chętnie dopomagając każdemu, co się do niego zwracał. A jednak, kiedy wyjeżdżał, nie postarano się w jaki bądź sposób wyrazić mu publicznie wdzięczności za jego pracę i starania, bo w oczach półgłówków niedorzeczne wybryki uchodzą za czyny bohaterskie, zasługujące na większe uznanie, niż długoletnia cicha i uczciwa praca. Pozwolę sobie opisać jeszcze wypadek, jaki się zdarzył przed kilku tygodniami. Pewien wędrowny żebrak , szukając noclegu, zaszedł do znajdującego się przy kościele tak zwanego „szpitala”, jako schroniska starców i kalek. Nie przyjęto go jednak, bo szpital zamieszkuje służba i dewotki czyli tercjarki, które również do niej zaliczyć należy. Udał się na plebanię, lecz okazało się, że wygłaszane z ambony zasady „głodnego nakarmić” i „podróżnego w dom przyjąć” na praktyce i tam nie mają zastosowania, udało mu się tylko znaleźć przytułek w stodole. Dziad, którego w drodze obdarzono kawałkiem słoniny, chciał ją uskwarzyć, rozniecił w stodole ogień, od którego zajęła się słoma i spaliła stodoła. Nie wiem, kto w tej sprawie ma być głównym winowajcą ? Parafianie jednak, którzy najmniej są winni, zostali najwięcej poszkodowani, bo będą musieli wybudować nową stodołę.
Grajewianin.