Gazeta Świąteczna - nr 408/1888


Z Radziłowa w gub. Łomżyńskiej.

   Nasze miasteczko Radziłów jest niewielkie; składa się z 270-ciu osad, a ludności jest około 3-ch tysięcy, w tem połowa katolików zajmujących się rolnictwem, a połowa albo i więcej żydów, handlujących zbożem, bydłem lub utrzymujących sklepiki. Sklepików takich jest 24 dokoła rynku z wszelkiemi towarami. Szynków jest 9. Prócz tego są tu szewcy, krawcy, kowale, wszystko żydzi. Jeden tylko stolarz i 2-ch ślusarzy katolików.
   Porządku tu żadnego niemasz, bo gdy trzeba zwołać zebranie gromadzkie i uchwalić co do porządku, to ledwie się dwudziestu zejdzie, a jak zaczną radzić, to ile głów tyle rozumów i nigdy nie mogą na jedno a dobre się zgodzić.
   Parafja u nas składa się z 9-ciu wiosek i miasteczka. Kościół jest bardzo ciasny, drewniany, a gdy jeszcze z innych parafij zejdą się ludzie, przybywając do naszego miasteczka za różnemi interesami, to w kościele wielki ścisk. Otóż możnaby temu zaradzić. O kamień u nas nie trudno, wapna też można dostać niedaleko. Ale cóż, kiedy nasi parafianie są niedbali, wolą co zniszczyć niż pobudować. Plebańję starą rozebrali i drzewo sprzedali żydom, tak samo zrobili z wikarjatem i stodoła do wikarjatu należącą; a żydzi zbudowali z tego drzewa domy i biorą za nie dobre pieniądze. Parafjanie zostawili gołe place bez budowli, a słudzy kościelni nie mają gdzie mieszkać i trzeba dla nich domy wydzierżawiać. A to wszystko bez potrzeby, bo mogliby mieszkać w tych starych domach, które możnaby było przebudować, bo drzewo było jeszcze dobre.
   Dziwna to rzecz, że w Radziłowie jest miejsce jakieś nieszczęśliwe, gdzie co kilka lat piorun uderza. Ja sam, chociaż nie stary jestem, a już za mojej pamięci piorun uderzył trzy razy w to miejsce. Ostatni raz zdarzyło się to w roku zeszłym w miesiącu lipcu, od czego 9 stodół spłonęło, a ludzie starzy mówią, że jak pamiętają, to już dziewiąty raz piorun uderza, a zawsze w to samo miejsce. Już teraz obawiają się ludzie budować stodoły na tem miejscu.1 Przy ostatnim pożarze byli tacy, co niby to przyszli ratować, a więcej czychali na zdobycz, aniżeli myśleli o ratunku mienia bliźniego. Takim sposobem Wincenty Grzymkowski stracił 35 rubli, które miał zachowane na najniezbędniejsze potrzeby. A większą jeszcze miał on stratę z tego, że jego stodoła nie była podana do ubezpieczenia a i sprzęty gospodarcze się spaliły. Dla innych gospodarzy była to także wielka klęska, bo zgorzała także im słoma i siano, które w tym roku i tak niebardzo obrodziło. Szczęście jeszcze, że ten pożar nie był wśród miasta, boby całe mogło zgorzeć przy takim ratunku, gdy jeden bierze skrzynkę a drugi pierzynkę i ucieka w pole, zamiast ratować od ognia. Gdyby nie włościanie ze wsi, co przybiegli do pożaru, i nie pomoc Pana Boga, to daleko więcej by zgorzało; bo sikawki zniszczone, beczki porozsychane, a woda daleko – więc tylko opatrzność Boska zrządziła, że wiatr się wykręcił w pole, i przy jakim takim ratunku ustał ogień.

Przedpłatnik J. A. S.